Cena taniego latania
Pełne loty i hotele to żadna niespodzianka w dzisiejszych czasach, ale Barcelona wydaje się być archetypem turystycznej metropolii XXI wieku. Miasto zaistniało na świecie w 1992 roku, kiedy zostało gospodarzem olimpiady. W 2005 roku odwiedziło je ponad 5 mln turystów, podczas gdy w 2000 r. było ich 3,1 mln.
Jak wiele wycieczek, także i ta zaczęła się od nagłego impulsu. Kilka kliknięć myszki później miałem bilet w obie strony do Barcelony za mniej niż 130 funtów. Zachwyciłem się łatwością, z jaką w obecnych czasach można podróżować, kiedy... dopadła mnie rzeczywistość. Wydzwoniłem pół tuzina hoteli w ciągu kilku dni, ale cały czas nie miałem pokoju. Banys Orientals, podobnie jak Hotel Pulitzer, były pełne. Zresztą, jak odkryłem później, przechadzając się po stylowym, inspirowanym Azją lobby, Banys Orientals ma zawsze komplet rezerwacji na kilka miesięcy do przodu. W końcu znalazłem nocleg w strasznie przeciętnym hoteliku biznesowym.
Kiedy z dwójką przyjaciół przybyliśmy na londyńskie lotnisko Gatwick na nasz popołudniowy, weekendowy samolot, kolejka do odprawy ciągnęła się do parkingu. Byłem pewien, że samolot nie odleci punktualnie, bo kiedy doszliśmy do gate’u, nie było praktycznie nikogo, do momentu, gdy nagle ni stąd ni zowąd wysypał się tłum Japończyków i Brytyjczyków.
Joan Clos, były burmistrz miasta, a obecnie minister ds. turystyki, wspominał niedawno, jak w 1992 roku część obserwatorów obawiała się, że po Olimpiadzie miasto zostanie ze zbyt dużą ilością hoteli. Obecnie buduje się tutaj ponad 30 kolejnych. W październiku zeszłego roku, padł rekord jednodniowych wizyt gości podróżujących statkami, osiągając liczbę 24 tys. Barcelona jest najbardziej popularnym portem na Morzu Śródziemnym.
Kompletna, związana z olimpiadą, zmiana oblicza miasta – obejmująca odnowienie i otwarcie dla pieszych centrum i budowę pereł architektury autorstwa Normana Fostera, Richara Meiera, czy Franka Gehry – była tak udana, że stała się wzorem dla innych europejskich miast - mówi Ignacio Vasallo, dyrektor Hiszpańskiego Urzędu ds. Turystyki w Londynie.
Ale wraz ze wzrostem międzynarodowej reputacji Barcelony pojawiły się problemy. Wraz z tanimi liniami pojawił się nowy rodzaj turystów – gotowych spać na plaży, zamiast płacić za hotel. Miejscy urzędnicy poradzili sobie z tym problemem, sprzątając plaże w porach nocnych i rezygnując w ten sposób z usług policji, która, jak mówi Clos, wprowadzała bardziej konfrontacyjną atmosferę.
W czasach tanich linii lotniczych, każdy może być światowcem. Wieczory kawalerskie i panieńskie w Tallinie czy Barcelonie są dziś czymś całkowicie normalnym. Tyle że mieszkańcy, jeżeli w ogóle mają szansę się wyspać, rano wychodzą na chodniki pełne wymiocin. Na początku tego roku władze Barcelony w ramach zwalczania tego problemu, upoważniły policję do wlepiania hałaśliwym imprezowiczom grzywien w wysokości do 1500 euro.
Miałem szczęście nie znaleźć się w środku żadnego wieczoru kawalerskiego podczas dwóch wieczorów spędzonych w Barcelonie pod koniec października. Ale niedogodności wynikające z popularności miasta mają również odbicie w długich kolejkach do muzeów. W niedzielny poranek sznurek ludzi do muzeum Picassa był tak długi, że nie mogłem nawet dojrzeć jego końca. Czy to wygląda tak tylko w niedziele? - spytałem naiwnie pracownicę muzeum, myśląc, że skoro w poniedziałki wszystko jest nieczynne, w niedziele tłum jest dwa razy większy. Tak jest codziennie - usłyszałem.
Znajdujące się obok muzeum rzeźby i dzieł z Peru i Meksyku robi naprawdę ogromne wrażenie, a ja bywałem w niektórych pomieszczeniach zupełnie sam. Zwykłe rzeczy – dzbanki, wazy, czy butelki – były przedstawione w zupełnie niesamowity sposób, rzucając nowe światło na słynny, magiczny realizm kontynentu. Nauczyłem się także czegoś nowego o masowej turystyce: jeśli widzisz ogromną kolejkę, omiń ją i idź dalej. Bardzo prawdopodobne, że zaraz za rogiem znajdziesz coś równie ciekawego.
Kolejnego popołudnia, po lunchu przy wspólnym, marmurowym stole w dolnej części restauracji Can Ravell, gdzie galaretka z kaczki była tak pyszna, że razem z przyjaciółmi zatraciłem się później w pełnej zrozumienia ciszy, byłem w tak pogodnym nastroju, że gdyby trafił się jakiś wieczór kawalerski, może nawet bym się dołączył. Niestety Casa Batlló, jeden z baśniowych budynków mieszkaniowych projektu Antoniego Gaudi, był zamknięty. Nieważne. Poszedłem do, znajdującego się obok, Casa Amatller, gdzie wkrótce pochłonęła mnie wystawa wspaniałych fotografii Stambułu sprzed stu lat.
Druga zasada, jaka się sprawdziła, to: na krótkiej wycieczce planuj najmniej jak się da, aczkolwiek też z umiarem. Mój pierwszy hotel był tak przygnębiająco szary, że wymeldowałem się jak tylko mogłem. Potem znalazłem Hostal Gat Xino, stylowy i niedrogi hotelik. Obsługa była zabawna i przyjazna i choć pokoiki były małe, rozświetlała je wyjątkowo obficie użyta zielona farba.
Ale ponieważ Barcelona cieszy się wielkim powodzeniem, nigdy nie ucieknie się przed kolejkami. Kiedy wyszedłem z La Pedrera, kolejnego mieszkaniowego cudactwa na Passeig de Gracia autorstwa Gaudiego, które wyglądało jak po małym trzęsieniu ziemi, minąłem ogromną kolejkę wijącą się wzdłuż budynku. Wyobraziłem sobie, że przypominające ogromne plemienne maski kominy, śmieją się z ogromnego tłumu pod nimi.
Mimo wszystkich uroków Barcelony, wiele razy podczas tego weekendu dopadały mnie myśli, że jestem świadkiem końca ery, w której masowe podróżowanie jest łatwe i fajne. Jest tylko kwestią czasu, nim presja, aby zająć się na poważnie globalnym ociepleniem, zaskutkuje wyższymi podatkami nakładanymi na transport powietrzny.
Byłem częścią tego problemu. Zdecydowałem się na samolot tylko dlatego, że dwójka moich przyjaciół leciała tam na przedstawienie La Clementa di Tito. Barceloński Gran Teatre del Liceu jest piękny, a soprany zapierały dech w piersiach. Jednak po niemożliwym do zignorowania w ostatnich tygodniach nawale wiadomości o ogromnych kosztach zmian klimatycznych, był równie błahy powód do podróży jak wieczór kawalerski.
źródło - Financial Times
powrót |