Pilot LOTu czyli od szybowca do odrzutowca
Dla pochodzącego ze Skawiny Sławomira Skołyszowskeigo droga do zajęcia miejsca za sterami Boeinga LOT-u wiodła poprzez Chicago.
Sławek Skołyszewski zastrzega, że nie emigrował z Polski dla pieniędzy i w poszukiwaniu łatwiejszego życia. - Owszem, gdy ma się rodzinę, jest to ważny argument. Dla mnie jednak Ameryka była szansą na prawdziwą wolność, a ta oznaczała możliwość swobodnego latania - przekonuje. Żeby uwiarygodnić swe słowa, wyciąga amerykańską licencję lotniczą.
10 października 1991 roku wbito mu w paszport stempel wjazdowy na chicagowskim lotnisku O'Hare, a pięć dni później otrzymał dokument uprawniający do pilotażu samolotów w Ameryce. - Zdobyłem go wcześniej niż prawo jazdy - podkreśla z dumą. Zanim udało mu się wyjechać do Stanów, przez kilka lat był zawodowym oficerem w Ludowym Wojsku Polskim. Służył w Marynarce Wojennej oraz w Szkolno-Bojowym Pułku Lotniczym w Dęblinie. Ma na koncie grubo ponad sześć tysięcy godzin w powietrzu. - Latałem na migach 15,17 i 17-bis, oblatywałem nowy sprzęt, szkoliłem przyszłych pilotów, zdobyłem wszelkie licencje zawodowe. W pewnym momencie uświadomiłem sobie, że w wojsku osiągnąłem kres możliwości i poza krótkimi chwilami, kiedy mogłem latać, nic nie sprawiało mi przyjemności. Wyjazd do Ameryki był ostatnią szansą, żeby wyrwać się z marazmu. Postanowiłem uwolnić się od wszystkich ograniczeń, które skutecznie zabijały możliwość swobodnego latania - wspomina.
Genezy swej życiowej pasji nie potrafi sensownie wytłumaczyć. - Gdy będąc dzieckiem pierwszy raz zobaczyłem w powietrzu samolot, od razu wiedziałem, że będę fruwał - tłumaczy. Wspomina też, jak podczas wyjazdu do NRD w 1967 roku za otrzymane od mamy kieszonkowe kupił szybowcowy model do sklejania. - Coś w tym musi być, bo podobne historie z dzieciństwa opowiada niemal każdy pilot - dodaje. Kiedy skończył 16 lat, zapisał się na kurs szybowcowy do Aeroklubu Krakowskiego. Abecadła pilotażu uczył się pod okiem m.in. Mariana Wieczorka i Mariana Wajdy, późniejszych medalistów mistrzostw świata w lataniu precyzyjnym. - Latałem z wieloma wspaniałymi lotnikami - Jankiem Rybickim, Wojtkiem Czopem, Krzyśkiem Kałużą, Krzyśkiem Wieczorkiem - wspomina Sławek Skołyszewski. Pierwszy lot na szybowcu „SZD Czapla” wykonałem w 1978 roku. Istotne, że startowałem w powietrze za wyciągarką. To taki test charakteru dla przyszłego pilota. Od tej pory wszystko inne poza lataniem stało się nieważne.
Na Politechnice Szczecińskiej wytrzymał zaledwie kilka miesięcy. - Szybko zorientowałem się, że programowanie maszyn cyfrowych to zajęcie nie dla mnie. Gdyby nie możliwość korzystania z maszyn tamtejszego aeroklubu, pewnie w ogóle bym się nie przeprowadził na drugi koniec Polski. Ze Szczecina udał się do Wojskowej Komendy Uzupełnień i wyjaśnił komisji, co naprawdę dla niego liczy się w życiu. Ta zaś skierowała go do szkoły oficerskiej w Dęblinie. - Z szybowca przesiadłem się do bojowego odrzutowca - opowiada. - Doskonale pamiętam swój pierwszy lot szkoleniowy „Iskrą TS11”. Leciałem z kapitanem Wojciechem Borkowskim. Zademonstrował mi taką akrobację, że jak wylądowaliśmy, czułem się, jakbym wypił pół litra wódki...
Pierwsza przepustka w Skawinie została przerwana wprowadzeniem stanu wojennego. - To były najbardziej koszmarne święta, jakie kiedykolwiek spędziłem - wspomina. - Tę „wojnę” zapamiętałem jedynie ze ściągania z ulic pijanych milicjantów. Innych wrogów nie widziałem.
Opuszczenie wojska przez zawodowego oficera przed osiągnięciem wieku emerytalnego było w tamtych latach wręcz niemożliwe, a z cudem graniczyły prywatne wyjazdy żołnierzy na Zachód. Opowieść o tym, jak znalazł się w Ameryce, Sławek Skołyszewski przyrównuje do historii z kategorii science fiction. - Moja babcia urodziła się w Stanach, niedaleko Detroit, a mama nigdy wcześniej nie będąc w USA, otrzymała obywatelstwo amerykańskie w... krakowskim konsulacie - opowiada. - Kiedyś chciała odwiedzić kraj, w którym przyszła na świat babcia. Gdy złożyła wniosek o wizę, okazało się, że nie może jej otrzymać, bo w myśl obowiązującego wówczas prawa, dzieci obywateli amerykańskich, urodzone także poza granicami USA, automatycznie stają się obywatelami tego kraju. W przyspieszonym trybie załatwiono całą procedurę, po której w Krakowie mama złożyła przysięgę na flagę, lojalność i wierność Stanom Zjednoczonym. Po wyjściu z wojska nie było już żadnych przeszkód, bym i ja mógł otrzymać „zieloną kartę” .
Armię opuścił w 1990 roku, w wyniku przeprowadzonej na szeroką skalę redukcji kadry oficerskiej. - Gdy do jednostki przyjechał generał Harmoza i powiedział, że nikogo nie będzie się w wojsku trzymać na siłę, podania o zwolnienie napisała liczna grupa oficerów. W ten sposób odeszło wielu wartościowych pilotów i instruktorów lotniczych. Nie wszyscy przecież trafili do lotnictwa cywilnego - zauważa Skołyszewski.
W Chicago szybko odnalazł się w środowisku polonijnych zapaleńców latania. Większość z nich to tacy sami jak on pasjonaci, choć nie mają za sobą profesjonalnej przeszłości. Chester Wojnicki, Jurek Zięba, Irek Mikołajczyk dopiero w Ameryce mogli zrealizować swe marzenia. Tam też odnalazł przyjaciół sprzed lat, takich jak Marian Wajda czy zaglądający przy każdej okazji Janusz Centka, Adam Poznański, Jerzy Makula. Był jednym z inicjatorów reaktywowania Polskiego Aeroklubu w Chicago, został wybrany jego prezesem. Mógł swobodnie latać, ale na życie w nowym kraju musiał tyrać na dwóch etatach. Przydała się znajomość jubilerskiego fachu. Odziedziczył go po ojcu, który prowadził zakład w Wadowicach. Wykonywał przepiękne złote cacka z brylantami, warte po kilka tysięcy dolarów za sztukę. - Ta praca, choć pozwalała nieźle zarobić, nie dawała satysfakcji i niemiłosiernie mnie męczyła - wspomina bez entuzjazmu. - Każdą wolną chwilę spędzałem na lotnisku, z czego, oczywiście, rodzina nie była zadowolona.
Kiedyś Adam Poznański, od wielu lat jeden z kapitanów Boeinga, napomknął o prowadzonej rekrutacji pilotów do LOT-u. Postanowiłem spróbować. Po zaliczonych testach i badaniach został przyjęty do pracy w 1997 roku.
Rozpoczął nowy etap w życiu. Przyznaje, że wcale nie łatwiejszy niż wówczas, kiedy stawiał pierwsze kroki na amerykańskiej ziemi. Rozłąka z rodziną - żoną Krystyną i dwiema córkami, które mieszkają w pod chicagowskim Whelling - daje się im wszystkim coraz bardziej we znaki. - Nie poradziłbym sobie, gdyby nie były wyrozumiałe - przyznaje. - Coraz częściej jednak zastanawiam się, czy moja miłość do latania nie kosztuje zbyt wiele. Oczywiście, to nie kwestia pieniędzy, choć utrzymywanie dwóch domów - w USA i Warszawie - to spory wydatek. Owszem, zarobki w LOT czy Centralwings, gdzie przeniósł się w ubiegłym roku, nie są niskie, ale o wiele więcej płacą swoim pilotom zachodnie linie.
Sławek Skołyszewski nie ukrywa jednak, że praca ta oznacza znacznie więcej niż tylko możliwość wysokich zarobków. Założenie munduru kapitańskiego to przede wszystkim wielki prestiż. - Mimo że wiele zmieniło się w ostatnich latach w tym zawodzie, wciąż bycie kapitanem samolotu stanowi powód do dumy. Siadając w kokpicie za sterami maszyny staję się innym człowiekiem. Latanie to narkotyk - przekonuje.
źródło – Gazeta Krakowska
powrót |